Opisy wypraw

Grossglokner

Darek Kujawski.

Rześki chłód obudził nas po całonocnej jeździe. Już dawno minęliśmy granicę z Austrią i teraz sunęliśmy krętymi serpentynami przez Wysokie Taury. W tym roku wyprawa SPELEONu ledwie doszła do skutku. Z Klubu pojechałem tylko z Karolem, a żeby zminimalizować koszty znalazłem przez Facebooka młode małżeństwo, które chętne było pojechać na Grossglokner (3798 m n.p.m.).

Krajobraz cały czas się zmieniał. Góry otaczały nas dookoła, wznosiły się ponad zielonymi dolinami i malowniczymi wioskami.  Wjechaliśmy do uśpionego Kals am Grossglockner i zatrzymaliśmy się w centrum miasta, przy niewielkim kościele zbudowanym w stylu „alpejskim”. O tak wczesnej porze nie spotkaliśmy nikogo, kogo można by spytać o dalszą drogę do schroniska Lucknerhaus. Dopiero samotnie stojący na chodniku drogowskaz z wieloma strzałkami wskazał kierunek. Chwilę później ruszyliśmy.

 

Zaparkowaliśmy na dużym parkingu zaraz za schroniskiem, z widokiem na Grossglokner. Poranne słońce oświetlało go jasno, a napływające chmury ocierały się o pokryty śniegiem szczyt. Wznosił się dumnie ponad innymi górami.

Po przepakowaniu ruszyliśmy w górę drogi. Słońce schowało się za chmury i po chwili całkowicie przysłoniły niebo nad Grossglokner. Pogoda była niepewna i gdy doszliśmy do schroniska Lucknerhutte, na wysokość 2241 m n.p.m., góra zniknęła w gęstej mgle.

Przy schronisku zjedliśmy resztę kanapek zabranych z Polski. Byliśmy wtedy jedynymi, którzy szli w kierunku Gross. Spodziewałem się więcej turystów lub wspinaczy, jednak na szlaku podobnie i w schronisku nikogo nie było. Dopiero gdy po długim odpoczynku ruszyliśmy wyżej, daleko w dolinie zauważyłem wchodzących na szlak.

Około godziny 14.00 dotarliśmy do schroniska Studlhutte na wysokość 2801 m n.p.m.. Gęsta mgła grubym kożuchem  spowiła wszystko dookoła, pochłaniała schronisko i opadała stromym zboczem w pustkę. Dalsza droga była niemożliwa.

Wieczorem otrzymałem SMS z Polski. Adam który wspierał nas „elektronicznie” wysłał prognozę pogody. Nie zapowiadało się dobrze. Następnego dnia miało być lekkie zachmurzenie, ale tylko do południa, później zachmurzenie całkowite, a wieczorem burze. Następne dni miały być jeszcze gorsze. Z SMSa wynikało, że od rana chmury pokryją całe niebo i spadnie deszcz. Nawet przy lekkim zachmurzeniu Grossglokner otaczały by chmury. Zarządziłem założenie obozu przy schronisku, ale w takim miejscu żeby nikt nas nie zobaczył. Gęsta mgła i nadchodząca noc sprzyjała nam. Niestety nie sprzyjała na jutrzejsze wyjście. Mimo to przygotowaliśmy się na atak szczytu, gdyby pogoda się zmieniła.

Około 24.00 niebo wciąż było zachmurzone, a widoczność spadła do kilku metrów, po 1.00 gęsta mgła osiadła nad namiotami przysłaniając wszystko dookoła. Gdy po raz kolejny wyszedłem z namiotu, niebo lśniło milionem gwiazd. Spojrzałem na zegarek, było tuż po trzeciej. Zapowiadał się słoneczny poranek.

W kierunku schroniska Erzherzog-Johann-Hutte ruszyliśmy około piątej. Zygzakiem przeszliśmy przez XXX nabierając szybko wysokość. Świtało. Już w pełnym blasku wstającego słońca poranku przeszliśmy lodowiec Kodnitzkess. Niósł ze sobą cały bród, pył i gruz ze skał przez co wyglądał jak rzeka, która wylała ze swego koryta i porwała wszystkie śmieci z okolicy. Jedynie w górnej jego części zalegała gruba warstwa czystego śniegu. Wydeptana, głęboka ścieżka prowadziła przez śnieżne pole w kierunku stromej skały.

U jej podnóża zdjęliśmy raki i ruszyliśmy pionowymi skałami w górę. Szlak ubezpieczała poręczówka jak we włoskich ferratach. Do schroniska Erzherzog-Johann-Hutte dotarliśmy około 8:00.

Na tarasie widokowym odpoczywało już kilka osób. Zajęliśmy ławkę obok wejścia. Poniżej nas chmury kładły się dywanem przysłaniając wszystko dookoła. Z szarej mgły wyłaniały się szczyty gęstym grzebieniem. Niektóre dumnie wznosiły się w górę, osłonięte czapą śniegu, inne znikały w ich cieniu czarnymi turniami wznosząc się zazdrośnie jak najwyżej.

Dwadzieścia minut później ruszyliśmy dalej. Śnieg był już wtedy miękki i mokry, a ścieżka śliska. Wydeptany szlak prowadził zygzakiem, aż pod skały, gdzie powinny być punkty asekuracyjne. Niestety nie znalazłem ich. Droga poprowadziła bokiem wzdłuż pionowej ściany. Weszliśmy pomiędzy skały i powoli sunęliśmy w górę.

Przed wejściem na Mały Grossglokner raki, czekany i plecaki zostawiliśmy ukryte w szczelinach. Zabraliśmy tylko sprzęt wspinaczkowy, aparaty fotograficzne i zaczęliśmy się wspinać. Za punkty asekuracyjne służyły wbite, metalowe tyczki. Wystawały ze skały niczym półtorametrowe kolce. Prowizoryczna ścieżka kluczyła szczelinami i wielkimi płytami. Kilkanaście osób już schodziło ze szczytu, ale drugie tyle wchodziło razem z nami. Zrobiła się kolejka.

Kilka tyczek prowadziło przez grań. Starsze małżeństwo prowadzące przez przewodnika zatrzymało się przed nami. Mężczyzna przylegając całym sobą do szorstkich bloków przesuwał się miedzy tyczkami, przewodnik mówił coś do niego, za to kobieta przysiadła przy drugiej tyczce i trzymała się jej kurczowo. Nie mogła się ruszyć. Przewodnik wołał po niemiecku, ale chyba tego nie słyszała. Sytuacja robiła się niebezpieczna. Czekaliśmy niecierpliwie zwłaszcza, że przewodnik wcisnął się przed nas na ścieżkę, gdy podchodziliśmy pod grań. Teraz zatrzymywał wszystkich i utworzyła się kolejna kolejka.

Gdy przyszła nasza kolej, poszedłem pierwszy. Sprawnie przeszedłem obok pierwszych tyczek, ale na końcu drogi, na ostatniej, pionowej płetwie poczułem całym sobą otaczającą mnie przestrzeń. Przechyliłem się przez ostrą grań. Dotarło do mnie, że nic oprócz cienkiej liny nie zabezpiecza mnie przed ewentualnym upadkiem. Nic oprócz odrobiny doświadczenia i zaufania do partnera na drugim końcu liny. Przytuliłem się do skalnego bloku i na czterech poszedłem dalej. Zsunąłem się na niewielką półkę i wpiąłem lonżę w stalową linę.

Dalej poprowadziłem pionową rynną Palaviciniego w dół do wąskiego siodła u podnóża właściwego Grossgloknera. Siodło tworzyło wąski most między dwoma szczytami. Założyłem stanowisko asekuracyjne i czekałem. Z jednej strony na Karola, a z drugiej strony, aż zluzuje się wejście między tyczkami na Gross.

Karol zszedł na siodło, a zaraz za nim pojawiła się Elwira z mężem. Wejście na Gross zluzowało się i zacząłem się wspinać. Ściana była stroma, a tyczki do asekuracji za daleko od siebie. Doświadczenie wspinaczkowe przydało się.

Jako pierwszy z naszej czwórki dotarłem na szczyt. Stanąłem pod metalowym krzyżem wmurowanym w skałę podtrzymującym grubym łańcuchem. Wokół siedziało kilka osób, ktoś robił zdjęcie. Podałem swój aparat i poprosiłem żeby również mi zrobił. Chwilę później na szczycie pojawił się Karol i Ewelina.

Pogoda dopisała nam. Chmury układały się grubym kożuchem daleko poniżej, a dookoła, błękitne niebo było czyste, rozświetlone ostrym słońcem. Góry otaczały nas wokoło, wyrastały powyżej chmur. Jak tylko sięgnąć wzrokiem wznosiły się ku niebu. Daleko, na horyzoncie rozmywały się we mgle. Widok zapierał dech w piersiach. Patrzyliśmy, patrzyliśmy, patrzyliśmy.